Mt Wilhelm 4506 mnpm

Wruciłem z Mount Wilhelm (4506 mnpm) w piątek.  Bardzo udana wycieczka.  Pojechałem tam z Kenen (ochotnikiem z Lae), Boni (nauczycielem z LaeTech) i jego “bratem” Peter.

Po drodze nocowaliśmy w wiosce mojego kolegi, Boni, w tzw huasman – szałasie dla mężczyzn i wszy.

Na następny dzień pojechliśmy 4WD-wem do tzw “end of the road”.  Samochód nie mógł nas wyciągnąć pod niektóre gory, także czebabyło iść.

 Na jednym moście, samochód ten, wpadł między tory na których miały leżeć belki, ale ktoś je ukradł lub one same zbutwiały.  Zajeło mam trochę czasu żeby go wydobyć.  W międzyczsie silnika niewolnobyło wyłączyć bo auto nie miało akumulatora a bak to była bytelka olejewa podłączona do gażnika.

 Kierowca zostawił nas bardzo daleko od stopy góry.  Także w czasie marszu do schroniska zastała nas noc i zaskoczył nas deszcz!  Ślizgałem się po omacku po tych górach do 8-mej wpadając do strumyków i potykając się o kamienie.  No, ale po siedmiu godzinach doszliśmy do celu.  Okazało się że w schronisku nie było ogrzewania, a my wszystcy byliśmy przemoczeni do ostatniej nitki.

 Wszyscy się wepchaliśmy do szłasu tubylców, gdzie paliło się zdrowe ognisko.  Jakoś się ogrzałem i z porzyczonym kocem poszłem do schroniska karmić wszy.

 W schronisku spotkałem Australijczyka, Greg Mortimer.  Jest on jednym z najwybitniejszych alpinistów Australijskich.  Zaliczył on  między innymi, Mt Everest, K2, Gaszerbrum II, oraz mnóswo gór na Antarktyce.  Jest on także równym gościem.  Razem z żoną nakarmili i napojili nas.

 Nasępnego ranka zaczeliśmy się wspinać o 2-giej nad ranem.  Było bosko, około 5-tej można było zobaczyć światła Ramu Junction (ok 100km w prostej linji) i pioróny nad Lae (ok 200km).  O 7-mej byliśmy na szczycie.  Wspaniałe widoki ale marsz do bazy mnie nie cieszył.  Wszyscy byliśmy bardzo głodni i zmęczeni. 

 W drodze powrotnej widać było wrak samolotu Australijskiego, który się tam rozbił w czasie drugiej WŚ.  Gość miał pecha bo władował się w najwiekszy szczyt w okolicach 500 kilometrów!  Chociasz muszę przyznać że jest często przykryty chmurami.

W drodze powrotnej myślałem ża zemdleje.  Nie mieliśmy jedzenia.  Przez cały dzień zjadłem jednego kaukau (słotkiego źiemniaka).  Powodem tego było to że tu trzeba się dzielić jedzeniem.  Wzieliśmy wystarczjąco dużo dla dwóch a nie czterech.  Nie miałem pojęcia że nasi lokalni koleśie nie będą mieć z sobą jedzenia.

Ale jakoś się przeżyło.  Jadza samochodem do wioski Boni też była nieco podniecająca.  Kierowca sforsował barykadę którą zdudowali wieśniacy żeby zbierać haracz od przejazdnych.  Nie mówiąc już o landslides, które się stały w czsie naszego pobytu w górach.

Była to wycieczka “do końca świata”, ale byście się wszyscy zdziwili bo na końcu świata mieszka Niemiec już od 50-ciu lat.  Gość ten się tam wprowadził jak lokalni ludzie jeszcze nosily tradycjonalne kostjumy (czyli biegali nagolasa), ale już przestali konsumować białych!

Jedna noc w hausman, Boni tym razem nas nakarmił, nawet ktoś zaproponował alkohol.  Ale bałem się bo go niepoprawnie tam dystylują, a nie chcę oślepnąć.

Następnego ranka wskoczyliśmy do przejeżdżającej cięzarówki z 40-ma tubylcami.  Umorusani, głodni i pogryźieni, ponownie musieliśmy wyskakiwać z samochdu pod pagórkami, tylko tym razem czeba go było ciągąć na linie.

W końcu się znaleźliśmy w Kundiawa, z Kundiawa do Lae to “tylko” 7-em godzin minibusem.

Po powrocie musiłem się dwukrotnie myć bo po pierwszym prysznicu sam czułem smród ogniska na własnej skórze!

 

wilhelm 01.jpg (271865 bytes)

Czekajac na transport

wilhelm 10.jpg (153000 bytes)

Wieczor w bazie

wilhelm 03.jpg (54578 bytes)

Widok z gor

wilhelm 04.jpg (70500 bytes)

Szczyt

wilhelm 05.jpg (69749 bytes)

Na szczycie

wilhelm 06.jpg (125290 bytes)

Margaret

wilhelm 07.jpg (71490 bytes)

Gory

wilhelm 08.jpg (151845 bytes)

Jeziorko pod szczytem

wilhelm 09.jpg (153746 bytes)

Ja i Bonifas na szczycie

wilhelm 02.jpg (243925 bytes)

Most po drodze do Gembogl