Wycieczka do Southern Highlands Province
(SHP)

Papua Nowa Gwinea to kraj żadko zwiedzany przez turystów, a nawet żadziej przez Polaków.  Dzieli go tylko 50 kilometrów morza od Australii, właściwie to mógł byś go przepłynąć kajakiem jakby się nie bał krokodyli.  Przelot samolotem jest drogi.  Bilet z Melbourne do Port Moresby (stolica PNG) kosztuje więcej niż przelot z Melbourne do Warszawy lub Londynu.  Jest to spowodowane monopoliją linji lotniczej Air Niugini.  Z wizami nie ma problemów.

Poza kosztami podróży, czeba się liczyć z opinią publiczną, która twierdzi że kraj jest skorumpowany i cierpi z bandyctwa (raskals).  Dużo słyszałem na ten temat.  Napady na białych, włamania do domów, kradzieże wszystkiego co nie jest przybite do podłogi, kieszonkowce itp.  Gdzieś nawet czytałem że kanibalizm jest nadal praktykowany w niektórych regionach tego kraju. 

Moje pierwsze wrarzenia były raczej negatywne.  Mali czarni ludzie, brudnie poubierani, włuczący się bez celu po ulicach.  Czerwone usta spowodowane żuciem orzeszków beetlenut (buai), puste stragany bez niczego interesującego dla europejczyka.  Dziwny język, niby angielski ale właściwie to nie, to tzw. Tok Pisin (język ptaków).  Brak turystów na ulicach, beznadziejne knajpy do których można wejść tylko jak się jest zaproszony przez członka, to pierwsze miejsce w świecie gdzie kolor mojej skóry nie otwiera drzwi, dziwne.

To inny świat, inne realie.  Czeba pierwsze zrozumieć tych ludzi, w końcu to tylko ludzie, to tylko inny kraj.  Pięć milionów ludzi, nie wiem jak to policzyli bo żadko kto ma to dowód urodzenia, ponad 800 lokalnych języków, nawet więcej kultur i obyczajów.  Kraj unikalny na świecie, zlepka prymitywnych plemion, zjednoczonych dwoma językami (Tok Tisin i Motu), istniejących pod jedną flagą od 1975 roku.

Po pierwszym szoku, szybko przyzwyczjam się do ludzi.  Są bardzo przyjaźni i życzliwi.  Okazuje się że uwielbiają obcokrajowców, bardzo dużo mówi po angielsku, chcą wiedzieć co się na świecie dzieje, wielu skończyło szkoły w Australii, niektórzy nawet studjowali w Anglji i Niemczech.  Szybko rozpraszają się moje podejrzewania o przyspieszonej śmierci w wiosce kanibalów.

Kultura Papuy Nowej Gwinei to kultura dzielenia się.  Tubylcy mają obligację do swoich rodzin i przyjaciół, jak się coś ma to trzeba się tym podzielić.  Im więcej się odda tym bardziej będzie się respectowany w tym środowisku.  Jest to bardzo miła sprawa, chociasz z punktu widzenia europejczyka jest to trochę niezręczne.  Ile można rozdać i komu?  Papierosy są wygodne, bo są tanie i dużo ludzi pali.  Oczywiście zwyczaj dzielenia się, działa w obydwie strony.  To nie tylko ja który rozdaje bez opamiętania.  Jak przebywałem w domach tubylców to jedzenie i nocleg był gratis.  Ludzie często oferowali mi lokalne torby (billum) lub też swoje siostry.

Chcąc zwiedzić PNG, postanowiłem sprawić sobie motocykl.  Mało pali, wszędzie dojedzie, no i nie da się nim dzielić.  Nikomu nie da się porzyczyć bo mało kto umie jeździć motorem, no i nie da się ludzi podwoźić bo nie ma jak.

Razem z kumplem, Paulem, wybraliśmy się w góry PNG.  Muszę wspomnieć że góry tropikalne, leżące 6 stopni na południe od równika, ale są troche mylące.  Są to olbrzymy dosięgające 4,500 metrów.  Dni są przeważnie gorące a noce zimne.  Po drugiej stronie granicy (Irian Jaya) znajdują się nawet pernamentalne lodowce.

Wyruszając z Lae (drugie co do wielkości miasto w kraju), chcieliśmy dojechać do jeziora Kopiago w zachodnim częściu PNG.  Z mapy wynikało że powinno nam to zająć jakieś 3 dni jazdy w jedną strone.  Jadąc w dwójkę na jednym motorze bez zniamy kierowcy wiedziałem że będzie to ciężka trasa, nasze wynagrodzenie to wjazd w obszary które zostałe odkryte przez białych niecałe 50 lat temu.

Pierwszą noc spędziliśmy już w górach, Kainantu, Prowincja Eastern Highlands.  Hotel był dobry ale drogi, 20 US dolarów za podwójny pokój.  W kraju gdzie większość tranzakcji finansowych odbywa się na podstawie zamiennej, to majątek. 

Jedzenie z puszek, kilka ciastek, sprawdzić olej i pogadać z tubylcami.  Tok Pisin nieźle mi idzie, ludzie pozytywnie reagują na białych władających lokalnym językiem, zjawiają się darmowe papierosy i orzeszki ziemne.  Nalegają żebyśmy zrobili im zdjęcia, chętnie pstrykam aparatem cyfrowym Paula.  Myślę jak to dobrze było by tu być 30 lat temu.  Wtedy, kiedy ludzie jeszcze biegali na golasa.  Ale taki jest postęp świata, wszystko się szybko zmienia z zewnątrz.  Kultura i obyczaje jednak są bardziej odporne na zmiany.

Nasi przyjaciele opowiadają nam o swoich wioskach i rodzinach.  Kto ile zapłacił za swoją żonę, ile dostał za córkę jak ją oddał za mąż.  W plemionach Nowej Gwinei, kobiety uprawiają rolę i zajmóją się wychowywaniem dzieci, także jak plemie traci kobietę, rodzicę pani młodej żądają rekompensatę za stratę aktywnego członka plemiona.  Rekompensaty różnią się z miejsca na miejsce.  Przeważnie tutejsi górale żądają wiecej niż ludzie żyjący nad morzem lub na wyspach Oceanu Spokojnego. 

Mam pewną przyjaciółkę która zażądała 20,000 US dolarów, 50 świń, 5 krów i 2 ptaki casawary za swoją pierwszorodną córkę.  Córka jej była wykształcona za granicą, miała szansę dostać dobrze płatną pracę, także w oczach matki była dużo warta.  Podczas ślubu, większość majątku zostało rozdane członkom plemiona.  Każdy dostał gotówkę, niektórzy dostali po prośiaku, reszta zwierząt została zarrznięta i zjedzona w trakcie uroczystości.

Następny ranek wita nas drobnym deszczykiem.  Mimowszystko wskakujemy na motor i ruszamy do następnej miejscowości, Goroka.  Przejeżdżamy pagórakami zarośniętymi trawą, czasami widać ogródek, lasów tu już nie ma, były pościnane na opał kilkanaście generacji w stecz.  W tych czasach ścięcie jednego drzewa zajmowało kilka dni.  Jedyne narzędzia nadające się do tego celu to były kamienne śiekiery.  Po ścięciu każdego drzewa plemie miało uroczystość.

W Goroce tankujemy i ruszamy dalej, droga nieco się pogarsza, widać wiecej tradycjonalnych domków, splecionych z liści bananowych, dachy są plecione z liści jadalnej roślinki sago.  Nie mają kominów, minowszystko ludzie palą w nich ogniska, domy są zawsze wypełnione dymem.  Coraz więcej ludzi spaceruje drogą, nie wiem czemu.  Nagle przypomina mi się że to Niedziela!  Ludzie wracają z kościołów.  Istnieje tu dużo denominacji Chrześcijańskich.  Ludzie często zminiają swoją religje, powody na to są różne, ale jest to generalnie akceptowane.

Coraz więcej prosiaków i psów się pokazuje na drodzę.  Czeba uważać bo jak się coś zabije to właściciel będzie żądał rekompensaty.  Słyszałem jak czasami wieśniaki wypędzają swoje zwierzęta na drogę, z nadzieją że je ktoś przejedzie, no a wtedy... jest kasa!

Około południa przekraczamy granicę prowincji i wjeżdżamy do Chimbu Province.  Jest to jedna z najbardziej zaludnionych i górzystych części kraju.  Tutaj znajduje się Mount Wilhelm, największy szczyt PNG, 4509 m n.p.m..  Większość biznesmenów w PNG pochodzi z tąd, chociasz bogactwa z drogi nie widać.  Wioski są nadal proste, ludzie siedzą na przydrożu żując buai, rozmawiając i gapiąc się na przejeżdżających.

Białych już tu nie ma.  Nikt w te regiony nie przybywa bez celu.  Turystyka to obcy koncept.  Tradycjonalnie nikt się daleko od własnej wioski nie ruszał, poniewarz, sąsiednie wioski zawsze z sobą walczyły, także żeby się oddalić od własnej siedziby trzeba było przejść przez teren wroga, nawet teraz jest to ryzykowną propozycją dla niektórych tubylców.  Nasza biała skóra to paszport w nieznane, nikt się nas nie czepia, chociasz czuję że to się może w każdym momęcie szybko zmienić.

Zatrzymujemy się w stolicy Chimbu Province, czyli Kundiawa.  Gromadzi się niezły tłum.  Ludzie są ciekawi jak dzieci.  Po co? Z kąd? Gdzie?  Dlaczego?  Na zmianę pilnujemy motoru i sprzętu żeby sam się nie rozszedł.  Paul kupuje sobie jedzenie, potem ja.  Żarcie jest nieciekawe, ryż, słodkie ziemniaki (kaukau), kiepskie parówki lub zimny omlet.  Co zrobić?  Czeba jeść.

Okazuje się że mamy szansę dojechać do Mount Hagen przed zmrokiem, jedziemy dalej.  Podróż w nocy jest ryzykowna, często raskals zatrzymują samochody na drogach w ramach characzu lub prostego rabuństwa.  Na motorze nie ma szansy aby takie przeszkody sforsować, trzebabybyło płacić lub oddać wszystko włącznie z ubraniem.  Nie ryzykujemy dobytku i zdrowia.

W Mount Hagen (stolica Western Highlands Province), szybko znajdujemy hotel.  Poznajemy pracowników i ich rodziny.  Prosimy czy możemy urzyć hotelową kuchnie, kucharka sama nam gotuje jedzenie, gratis. 

Nad ranem ponownie puszczamy się w drogę.  Przed południem wjerzdzamy do Southern Highlands Province.  To jest region który mnie najbardziej interesuje.  Był on odkryty ostatni, a mieszkańcy sami nazywają siebie ‘ostatni Papua’.  Mają pretęsję do rządu że mało otrzymóją pomocy, i są najbardziej zacofanymi obywatelami kraju.  Jest to prawda, ale wina nie leży wyłącznie po stronie rządu.  Ci ludzie sami sobie krzywdę robią swoim własnym zachowaniem.  Nadal istnieje tu kultura wojn plemiennych.  Często czyta się w lokalnych gazetach o toczących się wojnach które uniemożliwiają dostarczenia leków, napraw dróg, wydobycia oleju czy też kopania złota.

Z tymi myślami i sercem na ramieniu przekroczyliśmy granicę.  Może oczekiwałem kilka tubylców z łukami rzeby nas przywitali? Nie pokazali się, właściwie nic się nie stało, tylko droga się zminiła w żurzel.  Jedziemy dalej.

Jazda po żurzlu jest pracochłonna.  Czeba być czujnym, uwarzać na kamienie, kałuże, prosiaki itp.  Zatrzymujemy się przy moście.  Od razu kilka tubylców się wychyla z buszu.  Zaczynają man opowiadać co się u nich dzieje.  Żaden nie był w Lae lub Port Moresby, nic dziwnego, mają swoje ogródki ale o gotówkę cieżko.  Mówią nam o rybach które łapią w rzece.  Łowią je na haczyki, co dla mnie jest dziwne.  Pytam się czy nie łatwiej by było łowić śiecią, ale tłumaczą że to by nie miało sęsu dlatego że w ten sposób szybko by wyłowili wszystkie ryby.  Łowienie śiecią jest tu zakazane, a nawet czsami karane śmiercią.  Sądem nikt się tu nie przejmuje to są sprawy ziemi. 

Konserwacja istnieje w tym regione świata już od dawna.  Ludzie czują że nalerzą do swojej ziemi i muszą o nią dbać.  Przyszłe pokolenia muszą mieć pola i rzeki które ich muszą utrzymać.  Łowienie ryb czy ścinanie lasów to wszystko jest wykalkulowane lub też zakodowane w kulturze danego regionu.  Wydaje mi się że nawet wojny plemienne są typem kontroli przyrostu naturalnego plemion.

Robimy przymusowe zdjęcia i jedziemy dalej.  Celem jest Mendi, na mapie to duża kropka, w rzyciu to duża wioska z łąką gdzie można wylądować samolotem.  Miejscowość jest otoczona skałami, myślę jak by to dobrze by było tu się wspinać.  Jak zatrzymujemy się na przekąskę, otacza nas ogromny tłum.  Pół dziki, cuchnący dymem z ognisk, żujący buai, i patrzący się prosto na nas.  Gdziekolwiek się nie poruszę, śledzi mnie kilkaset par oczu.  Sytuacja jest nieprzyjemna, za dużo ludzi!  Zadużo członków różnych plemnion, nie wiadomo z kim rozmawiać.  Normalnie rozmowy są prowadzone ze starszymi członkami danego plemiona.  Oni mają władzę i oni potrafią kontrolować swoich własnych.  W naszej sytuacji nie da się rozpoznać kto należy do którego plemienia.  Szybko opuszczamy Mendi.

Przy wyjeździe, tankuję, właściciel stacji opowiada mi jak z rana znaleźli nieboszczyka na terenie jego biznesu.  Podobno coś ukradł i tak się z nim rozprawiono.  Przyżekam sobie że nic nie będę od tych ludzi kradł lub porzyczał. 

Czujemy się wyczerpani wrażeniami naszej podróży, postanawiamy zatrzymać się w bylejakiej wiosce, aby tylko małej.  Po jakiejś godzinie widzimy domek przy drodze.  Wygląda na urzywany, chociasz ludzi nie widać.  W momęcie wyłączenia silnika ujawia się kilka chłopaków.  Przedstawiamy się i tłumaczymy że chcielibyśmy się tu zatrzymać na noc.  Odpowiadają z dużymi uśmiechami, co nasze to wasze, oto chata gdzie będziecie spać!

Wrzucamy bagaż do chaty, trochę się obawiam o swoje rzeczy, ale nie mam wyboru, nie mogę przy nich ślęczeć dniem i nocą.  Nasi gospodarze pokazują nam swoje ogródki.  W trakcie spaceru przez wieś zbiera się ponowny tłum.  Tym razem jest to do opanowania, wszyscy są tu pokrewnieni, nikt się nie stawi bez przyczyny.  Jedyna obawa to to że sąsiednie plemie może zaatakować, ale nawet w tym przypadku prawdopodobie by nas oszczędzili.  W końcu jesteśmy biali.

Pod wieczór wracamy do chatki.  W środku czekają na nas bracia naszego gospodarza Simona.  Wszystkie kobiety i dzieci są wykopane z na zewnątrz.  Dom staje się domeną mężczyzn.  Gotujemy i rozmawiamy.  Okazuje się że rejon ten ma dużo gasu naturalnego, są tu bagna z których się ulotnia gaz, jest też jaskinia z kościami ludzkimi, no i są też wojny plemienne.

W nocy słychać szczury które buszują po domku dokańczając resztki jedzenia z naszych talerzy.  Jest chłodno, gryzie mnie coś.

Na następny dzień zwiedzamy bagna i jaskinie.  W jaskini łapię latającego lisa (miby nietoperz), ktoś go bierze do domu żeby go ugotować.  Potem bagna, widać bąbelki gazu w kałużach, zapalamy ognisko.  Pali się dobrze karmione gazem.  Może by się to dało eksplajtować, nie wiem.  W drodze powrotnej pokazują nam pole na którym toczyły się walki przy ostatnie 10 lat.  Po powrocie do Lae, dowiedziałwem się że walki te się już skończyły ale podobno były jedne z najbardziej krawych w tym regionie, ponad 60 osób w nich zginęło.

Walki te były prowadzone zgodnie z tradycją, miejsce i czas był ustalony, wojownicy ustrajali się w tradycjonalne stroje (bilas).  Nie chodziło tu tylko o zabicie przeciwnika, dużo wagi się przyciągało do wyglądu uczestnika.  Piuropusze, tarcze, łuki musiały dobrze wyglądać.  W czasie deszczu, walki były przerywane bo jak to można walczyć gdzy farba wojenna zpływa z twarzy?

W ostatnich latach, tubylcy się nieco wycwanili.  Zaczęli kupować karabiny maszynowe z Indonezji i czasami od wojska PNG.  Nasi przyjaciele pokazali nam M16, który może spowodować ogromne straty u przeciwnika.  Tutaj tak jednak jest, brutalna przemoc rządzi.

Postanowiliśmy spędzić następną noc w tej wiosce, plany dotarcia do Lake Kopiago rozeszły się w tutejszych wiatrach.  Jest przyjemnie i ci ludzie podobają się nam.  Rytuał się powtarza.  Kobiety i dzieci są wykopywane z chaty, wchodzą goście i domagają się o zdjęcia i opowiadania o innych krajach, szczegulnie Australji.  Chcą też wiedzieć, jak najlepiej zarabiać.  Jakie warzywa chodować, ciężko mi odpowiadać, jestem nauczycielem a nie farmerem ani biznesmenem.

Na następny dzień szybko się pakujemy i wracamy do motoru aby zacząć powrotną podróż.  Okazuje się że motor jest przypięty do drzewa łańcuchem, pytam się o klucz do kłudki.  Wskazują mi chatkę gdzie siedzi starszy człowiek ostrzący swój nóż.  Pytam się o klucz, ale on nie reaguje, ostrzy nóż, jest zajęty.  Pytam się naszych kolegów co jest grane.  Okazuje się że owy człowiek czuje się pokrzywdzony bo motor był zaparkowany na jego ziemi, a on go pilnował przed kradzieżą, chce rekompensatę.  Nie wiem co robić, upał nadchodzi, pocę się, chcę już jechać.  Co gorsze to nie mam drobnych.  Wszystkie upominki już zostały rozdane, nie mam nic do oddania.

Zgadzam się zapłacić, chociarz żal mi naszego gospodarza.  To on powinien dostać jakieś pieniądze a nie ten łajdak!  Z pietrem wsakujemy na motocykl i wyjerzdżamy.  Zauwarzyłem że ktoś się bawił moją maszyną, światla i kierunkowskaz są włączone.  Po przejechaniu pół kilometra motor staje.  Widzę jak następne plemie do nas się zbliża, napewno słyszeli o nas.  Czuję że możemy być w kłopocie, bez maszyny zmuszeni będziemy do koczowania z następnym plemieniem.  Z desperacji sprawdzam kranik do bęzyny.  Aha!  Ktoś mi wyłączył dopływ paliwa do gaźnika.

Motor startuje, jedziemy, machamy i odjeżdżamy od stresującej sytuacji.  Wracamy do Lae.  Po drodzę zaliczamy te same hotele.  Czuję się dużą różnicę, wszyscy nas serdecznie witają, (może myśleli że nie wrócimy?), jesteśmy znajomi, jesteśmy braćmi.  Ceny spadają, drobne podarunki się pojawiają, dobrze jest odwiedzić starych znajomych!  Dobrze jest spać za kolczastym drutem, wiedząc że ci nic nie grozi.  No i jak zawsze, dobrze jest wrócić do domu!

P1180058.JPG (440488 bytes)

Kainantu, dolewam olej do maszyny

P1180097.JPG (445260 bytes)

Dzieciaki sprzedaja kwiatki, Chimbu Province

P1180099.JPG (433445 bytes)

Tribesmenowie sprzedajacy sugar-fruit, Chimbu Province

P1180110.JPG (416920 bytes)

Staruszek (lapun), Kundiawa, Chimbu Province

P1190177.JPG (240690 bytes)

Przyjazni tubylcy, Southern Highlands

P1190215.JPG (450094 bytes)

Gosc, zona i ich domek, Onja village, Southern Highlands

P1190219.JPG (254979 bytes)

Dziewczyny z Onja village, Southern Highlands

P1190222.JPG (261703 bytes)

Paul, Simon i ja, przed domkiem Simona

P1200247.JPG (244640 bytes)

Nasi przyjaciele pokazuja nam gdzie sie toczyla wojna plemieniowa

P1200249.JPG (236199 bytes)

Pana i Arthurprowadza nas do goracego blota

P1200257.JPG (244379 bytes)

Gorace bloto, niektore kaluze sa bardzo glebokie

P1200260.JPG (236853 bytes)

Dzieciaki tancza tzw 'snake dance' (taniec weza)

P1200270.JPG (259867 bytes)

Ja z kolega z Onja village

P1200271.JPG (229685 bytes)

Dziewczyny z Onja

P1200273.JPG (238931 bytes)

Tradycjonale ubranie z tej czesci Southern Highlands

P1200278.JPG (240313 bytes)

Dzieciaki z wioski, zawsze z nami byli

P1200281.JPG (252593 bytes)

Lokalny market, sprzedaja orzeszki ziemne, banany itp

P1200282.JPG (255129 bytes)

Lokalny Bigman, Emil

P1200284.JPG (258259 bytes)

Paul i towarzystwo przy wejsciu do jaskini

P1200287.JPG (251910 bytes)

Ludzkie kosci w jaskini

P1200295.JPG (196183 bytes)

Latajacy lis, ktorego zlapalismy

P1210307.JPG (255138 bytes)

Oddaja mi motor po zaplaceniu rekompensaty

P1220328.JPG (258386 bytes)

W drodze powrotnej, Chimbu Province

P1220329.JPG (255362 bytes)

Domek w Chimbu Province